Władysław Sebyła

Wybór poezji:

Pieśni szczurołapa
Fabryka
Pieśń o burzy
Ksiądz
Poeta
Osiem nokturnów
Ojcze nasz
Bezsenność
Kurki
Pojęcia
Poeta przeklęty
Poszukiwacz prawd
Człowiek
Myszki
Mistrz
Żaba zarozumiała
Bajka
List do brata
Słowik i osły
O sobie

Pieśni szczurołapa
OGŁOSZENIE

Obywatele!
Szczurów na świecie za wiele.
W biały dzień wyłażą ze śmietników
I ośmielają się swój pisk
podnosić do godności człowieczego krzyku.
Zamknąć im pysk!
Wczoraj na teatralnym placu zarżnęły koguta.
(Taka ich buta.)
Wszędzie szczury.
Ubrały się w mundury,
Sutanny i fraki,
A i w purpurze chodzi jaki taki.
Gryzą i niszczą wszystko, co im pod pysk wpadnie.
Na nic pułapki zapadnie.
Żrą trawę na łąkach jak woły,
Kupy trocin zostawiają z lasów:
Niezadługo glob ziemski będzie taki goły
Jak zadki dwuletnich bobasów.
Najwyższe góry, sięgające nieba,
Gryzą jak bochny chleba.
kurzem żelaznej rudy opylone pyski
Nurzają w nafty wytryski.
A niech je ogarnie pragnienie,
Żegnajcie źródła, potoki, strumienie!
Wszystko wychłepcą po troszku:
Wypiją ocean gorzki
I morza zielone od burzy,
Potem i błoto z kałuży.
A kiedy suche będą morza, rzeki i potoki,
Wpiją drobne siekacze w obłoki,
Zanurzą zęby w zachodzące zorze
I z pysków wąsatych
W wyschły ocean i morze
Zakapią krwi słonecznej purpurowe kwiaty!

Ja jestem szczurołapem, gram słodko na flecie,
Chodzę, lunatyk nieba, po ogromnym świecie,
Szczury tropię
I topię.
Gram kołysanki srebrne na siedmiu świetlistych tonach,
A szczury tańczą sennie na długich, złuszczonych ogonach.

Wsłuchane w pluski fujarki
Toczą piskliwe pogwarki,
Idą za mną – w takt fletu z wolna się kolebią -
I toną po jednemu, powoli -
W czarnej, rodzajnej roli,
W moim złocistym niebie.

SPOWIEDŹ SZCZUROŁAPA

Księże! Przestań mnie straszyć swoim bogiem strasznym.
Który siedzi na tronie z gwiazd i adamaszku.
Przestań syczeć jak żmija. Przestań mówić do mnie.
Nie słyszę. ? Zgłuchłem w ciszy.
Nie widzę. Oślepiły mnie płomyki gromnic.
I nie wierz moim grzechom. Ja tak słodko kłamię.
Umiem wymyślać grzechy pachnące kwiatami,
Grzechy pachnące wiatrem i mokre od deszczu,
Grzechy ? co jak liście szeleszczą.

Nie strasz mnie bogiem, który za zielonym stołem
Siedzi i świat świdruje złym, sędziowskim okiem.
Ja mam swojego boga, który jest obłokiem,
Krzepkokorzennem drzewem, wiosennem, Wysokiem,
Kroplą oliwy, płonącą w motorze,
Jest wichrem, który huczy nad wzburzonym morzem.
Jest dźwięczącą muchą w słońcu, wilgotnym parowem
I jest nowym, przeze mnie wymyślonym słowem.

Nie chcę twojego nieba, które ma się zwinąć
Jak karta książki, drukowana gwiazdami,
Żeby nas odkryć pustką i głębinom.
I żeby w ostatni dzień twój bóg mógł zawisnąć nad nami.
Moje niebo jest inne. Niebieskie i granatowe.
Słońcem w dzień, w nocy nocą spowija mi głowę.
Jest tajemnicze i straszliwe.
W nim komety maczają swe miedziane grzywy,
Gdy na wodopój do słońca od czasu do czasu
Przychodzą z dalekiego, huczącego lasu.
Moje niebo jest głębokie? głę-bo-kie?
Spróbuj, księże, przeniknąć je swym siwym okiem
Do dna? do dna?

Nie chcę twojego nieba, gdzie brzmią święte hymny.
Moje niebo jest mroźne jak szkło,
Zimne jak lód zimny.
Ale w nim śnią ślimaki poskręcanych mgławic,
Wiją się złote gwiazdy jako ryby w stawie,
Wzbiera w nim czas odwieczny kosmiczną powodzią,
Płyną światy po wodzie jak najgibsze łodzie.
Moje niebo jest głębokie, głębokie?
Spróbuj, księże, przeniknąć je swym okiem
Do dna? do dna?

Co warte twoje niebo? Przecież w nim nie będzie
Dzikich gęsi kluczami lecących, łabędzi.
Kosmatym drzewom w nim nie wolno rosnąć,
Czerwienić się jesieniom, zielenić się wiosnom.
Nie rośnie w nim sośnina, jedlina, jałowce.
Nie wchodzi księżyc w stada obłoków jak w owce.
Nie ma w niebie wesołych, rozszczekanych psów
Ani koni, ani wołów, ani krów?
O księże, to nie niebo. Żebym wszedł do niego,
Musiałbyś wprzód rozmnożyć w nim arkę Noego.
Ja jestem szczurołapem, słodko gram na flecie,
Chodzę lunatyk nieba, po ogromnym świecie.
Nie strasz mnie, księże, niebem, sądem ani burzą!
Bo zagram ci na flecie kołysankę szczurzą.
I pójdziesz za mną w tropy, przed siebie, przed siebie?
A ja cię oplączę, zatopię, utopię?
W moim ? złocistym ? niebie.

1929


Fabryka

I

W hali fabrycznej, mrozem błękitnym oszklonej,
Szumi las wysokopienny, zielony.
Młyny górskich potoków mielą bez ustanku
Granit, porfir, bazalty – i srebro poranków
Na czarnoziemną mąkę, na tłustą próchnicę.
I sypią pył spod chmur na góry, wzgórza i kopice.
Wentylator ssie czyste powietrze z północy
I srebrna lampa świeci u stropu co nocy.

Tu pszczoły, mrówki czarne, czerwone i rude
Obrabiają surowiec wielostronnym trudem,
A poplamione słońcem w malarni motyle
Malują w chińskie kwiaty zszargane badyle,
Świerki pompują smary, pachnące smoliście,
Żywicą okapując leszczynowe liście.
To najsenniejszy oddział – tu po każdej zmianie
Żaby swe gardła płuczą zielonym kumkaniem.

II

W hali fabrycznej, mrozem błękitnym oszklonej,
Szumi las.
I czas przybiera groźnie, rozrasta się w drzewo,
W śmigłą świerczynę, w rzekę, opitą wiosenną ulewą,
W młot parowy, miarowo dudniący w kowadło,
W kuźnię, płonącą błędnym ogniem na mokradłach.
Tu pracują kowale hardzi; nieustępni -
Tu ziemia rozdzierana tętni.

Mają mięśnie plecione z żelaznych rusztowań.
Ręce ? dźwignie, palce ? kleszcze stalowe,
Barki ? skrzydła stuorle rozpięte,
I szlaki niewidzialne w powietrzu wytknięte.
Olbrzymia kula ziemi pod ich młotem trzeszczy,
Rozżarzana przez słońce, hartowana deszczem,
Pocięta piorunami, świszcząca w tokarniach
I parująca wichrem, który ją ogarnia.
Jej czaszkę łysą ? lasem porośniętą gęstym,
Uklepią, ukształtują ciężkich młotów chrzęstem,
Spiłują pilnikami, wygładzą, rozżarzą,
Wypolerują gładko i dokładnie zważą,
- A potem ją wystrzelą po wiadomych torach i drogach
- Prosto do Boga.

III
W hali fabrycznej, mrozem błękitnym oszklonej,
Płynie czas.
Rozlewa się leniwą rzeką na drodze gwiazdami moszczonej.
Tu jest centralna kuźnia, odlewnia i huta,
Walcownia blach najgrubszych, najcieńszego drutu.
Tu dzwonią księżycowe tarcze pod młotami,
Meteory pryskają nad glinianym garem,
Kapią jarzące słońca białymi kroplami
W cebry wody, syczącej od żaru.
Rozżarzone atomy kłębią się w mgławicach,
W rozwianych grzywach komet złotym próchnem świecą,
A twarde kule planet, wystrzelone z armat,
Studzą się w zimnym lśnieniu zorzy polarnej.
Dudnią młoty wulkanów w blaszane skorupy
I wylatują w niebo ziem zziębniętych trupy.
A pasy transmisyjne od słońca do słońca
Warczą.

IV
W hali fabrycznej, mrozem błękitnym oszklonej,
Szumi las.
Szumi czas.
Cieknie leniwa rzeka wszelkiej rzeczy.
Milion żab wieczorami skrzeczy.
A w roztopione złotem zachody,
Kiedy słońce chmurami twarz z potu ociera,
Szczurołap z cienkim fletem błąka się po halach,
Gra słodko, nawołuje ? i szuka w błękitnych oszklonych odda lach
Głównego inżyniera.
1929


Pieśń o burzy
Comming soon.


Ksiądz

Apostrofa:
Tyle w tobie słodyczy, tyle rumianości.
Jesteś jak jabłko dojrzałe,
Które upadło w trawę z drzewa wiadomości,
Pełne dosytu, znużone upałem.

Tyle w tobie spokoju i tyle uśmiechów:
Nie dbasz o rzeczy ziemskie, a znasz boskie rzeczy.
Objawiono ci prawa, dano klucz do grzechu,
Chore dusze oddano twej pieczy.

Ty wierzysz, że nic nie ma poza niebem ? piekłem,
Że SA gwiazdy, by było pięknie,
Że bóg kołysze fale oceanu wściekłe,
Nie ma śmierci. Kogóż się ulękniesz?

- Błogosławieni cisi. ? I ty jesteś cichy.
Lecz szept twój jak krzyk sowy przez noc świata pędzi,
Nie posiądziesz winnicy, pracowniku lichy.
Wszakże: kto się wywyższa, ten poniżon będzie.

Szczurołap:
Tylko ja nie znam prawdy, a w twoją nie wierzę.
I nie znam tajemnicy człowieka ni gwiazd.
We dnie w przydrożnym rowie umęczon leżę,
Nocą szczury wypędzam z miast.
Słyszałem dawniej słowa pewnego człowieka
Ale to nie twój, to inny był głos,
Wiem, że tamten za prawdę zawisnął na ćwiekach,
Lecz nie powiódł nikogo na stos.

Nie lituj się nade mną, nie uśmiechaj słodko,
Bo widzę w tobie szczura, co gryzie mi serce!
Bo cię świstem fujarki jak szpadą przewiercę!
Szczur! Szczur!… za szkłem? za gablotką?
Co to? ? księżyc zgasł? Za chmury się schował?
Ach, to nie szczur? to figura woskowa.
1929/1939


Poeta

Urzeczony jesteś, urzeczony,
Mój szczuplutki chłopcze, poeto!
Śpiewający wiatrem zielonym
Za zapadłym w otchłań kometą.

Medytujesz nad głuchą rzeką,
Nad bezdennym, szalonym nurtem,
Wyrzucony falą daleką
Na podmytą deszczami burtę.

Niestworzone wymyślasz słowa
Dla fal plusku, bulgotu wirów,
Dla najmiększej trawy po rowach.
I dla nieba tkanego z szafiru.

Jakim słowem z pluskiem rozmawiać?
Jakim śpiewem mówić z płonieniem?
Jakich szumów musiałby wiatr nawiać,
By nie były tej rzeki cieniem?

Jakże mówić z płynącą rzeką,
Gdy się wije bez przerwy i kłębi?
Jakim słowem, wydartym wiekom,
Zmierzyć mętne fale do głębi?

Może lepiej w nurt się zanurzyć
I nie mówić, nie mówić, a płynąć,
Tonąć w wielkiej, pienistej burzy,
Na słoneczne zalewy zawinąć?

Może lepiej zapomnieć ? zagubić
Słowa wiatru i rzeczne słowa?…
Zanurzone w słów złoty łubin
Bolą oczy i biedna głowa?

Łowco słów, zapomniany i smutny,
Zaśpiewajmy razem przy flecie
O tej rzece żywej, okrutnej
I tonącym, tonącym poecie.
1928/1930

***

Nocami w ciemnym niebie białe kwiaty kwitną.
A bywa to wczesną wiosną,
Kiedy się dusza ludzka pełni nienasytną
Krwi tęsknotą.
Kiedy samotni chodzą wieczorami.
Z migocącymi w źrenicach gwiazdami,
A po nocach płaczą, a nie wiedzą, że płaczą
Nad swoją dolą, dni upalnych pyłem.
Nie wiedzą, że się im dusze znaczą,
Że ból jak burza serca im zalewa powodzią
I pył zmywa,
Pył powszednich dni.
A bywa to wczesną wiosną,
Gdy ptaki śpiewem pomęczone posną,
A w ciemnym niebie białe kwiaty kwitną.
1929


Osiem nokturnów

4
Księżyc srebrzystym radłem orze skiby chmur,
wiatr zachodni liśćmi suchymi szeleści,
dudni pociąg za lasem, za rzeką?

(Miał król stary siedem cór,
siedem cór i wiele w życiu boleści?)
Pies gdzieś szczeka daleko?daleko?
1932

6
Powiesili szatani dzwon na szklanej górze
i serce zeń wyjęli,
by nie mogli grać na nim śpiewający w chórze
anieli.

Nakryli się skrzydłami, usiedli u stóp góry
i siedzieli kamieniem,
zadumani nad nocą, nad milczeniem natury
i nad dzwonu milczeniem.

Wtem wiatr, górą idący, krawędź dzwonu poruszył
szklanym jękiem rozpaczy.
Usłyszeli szatani, porozsiadani w głuszy ?
dzwon płacze.
1933


Ojcze nasz

I
Ojcze nasz, któryś jest na niebie błękitny i pusty.
Nie święcę twoich imion, nie znam twoich znaków.
Z pianą oceanowe miotają wychlusta
Do nóg mi martwe ryby z twojego zodiaku.

Górą noc jak pies leży i gwiazdami szczeka,
Więc dojrzeć cię nie mogę w ciemności i mrozie,
Przyjścia królestwa twego już nie czekam,
Przed pustką stygnę w grozie.

Więzi mnie wola ciała, wszystkiego stworzenia
Strachy i nędze w żyłach moich krzyczą
I na ziemi i w niebie czyhają cierpienia,
I poją chleb powszedni bezsilną goryczą.

Nieopuszczone przez mych nieprzyjaciół winy
Budzą mnie, z sennej wołając czeluści.
I warczą w mózgu niestrudzone młyny:
- jeśli wróg nie odpuścił, niech ci Bóg odpuści.

I wołam: – ojcze nasz, którego nie ma
Wywiedzionego z otchłani kuszenia,
Niechaj cię noc obrośnie potężna i niema
I gwiaździstym milczeniem zbawi od istnienia.

II
Tam gdzie kostnieją drzewa, gdzie ostatni liść,
gdzie liścia trup ostatni w wietrze się kołysze,
gdzie w zeschłych strąkach wiszą traw zszarzałe włosy
i milczą z gwiazd pogasłych obdarte niebiosy,
w martwych zagajach myśli, narodzonych w pysze,
tam jest królestwo twoich sług ? nie moje.
Twoje królestwo – to są niepokoje
z gwiazd narodzone, z ciemniejących dróg,
które prowadzą w nieznane przestrzenie,
tam gdzie się dzieją śmierć i narodzenie,
gdzie myśl się budzi, wyzwolona z trwóg,
choć widzi, że przeminie ze swym pokoleniem.

III
Jak cię przywołać? gestem rąk?
modlitwą? klątwą? czy milczeniem?
czy senny zamieszkujesz krąg?
czyś ptakiem, drzewem, czy kamieniem?

Duchu, wiejący nad wodami,
nie słyszę świtu twoich piór,
a znam ten głos, przedwieczny chór,
to śpiewa krew oceanami.

Morzem pamięci płynę, mgłą
mijając wyspy snu i jawy,
nieznana wkoło kipi głąb
i niezbadany cel wyprawy.

ocknięty nagle wśród bezmiaru,
wrośnięty w świat, wyrosły z dna,
tętniący kształt mój morzem gna,
silny nadzieją i niewiarą.

A z dna pamięci, z głębi wód,
z płynnych obszarów oceanu
powstaje strach i mord, i głód
widma potwornych lewiatanów.

Kołuje wir pokracznych ryb,
ślimaków, krabów, głowonogów,
narasta wodorostów grzyb
i ostrza koralowych progów.

I woła mnie ich byt i los,
i martwym Szumen w uszach gra mi,
a zatem ten śpiew, a zatem ten głos ?
to śpiewa krew oceanami.
1936


Bezsenność

Nocy bezsenna, nocy drapieżna!
Słowa zgrzytają w zębach jak piach.
I zamieć mroźna, i zamieć śnieżna
w nierozplątanych snach.

Kołują rzeczy, kołują sfery,
w kipieli wiatrów nadmorskich ? skwir,
wizja katedry, wizja rudery,
rozwartych oczu wir.

Mózgu zbyt pilny, przeklęta jawo!
W uszach ? zielonych iskier trzask.
I rude łuny nad Warszawą,
w oknach fałszywy brzask.

Zmilknijcie oczy, mówiące snami!
Uszy, przestańcie patrzeć w dal!
Pustka już śpiewa nad przestrzeniami,
Z mroku fal? z mroku fal.
1935


Kurki

Skrzypią kurki na kościołach:
Skąd wiatr? skąd wiatr?
A wiatr raz wieje od wschodu,
a potem od zachodu,
a potem pachnący z ogrodu.
I skrzypią dumne kurki:
- popatrzcie na te chmurki,
płyną tam, gdzie chcemy.
My wiemy, my nimi kierujemy:
stąd wiatr ? stamtąd wiatr.
Ciężka to bardzo praca.
I nie wiedzą biedne kurki, nie widzą,
że wiatr nimi obraca.


Pojęcia

I znów, i znów z zawiłych snów
blaszanki słów, blaszanki snów,
blaszanki na rzeczywistość.

Zamknięty krąg, skreślony błąd,
martwa granica, dotąd ? stąd,
nad myślą płomienistą.


Poeta przeklęty

Po com budził złe siły wyzywał noc,
poszukiwacz tajemnic w piękności zawartych?
Oto mnie z siwym włosem odstąpiła moc,
z popiołów entuzjazmu diabeł stroi żarty.

Zgrzytliwie brzęczy w uszach miedź poznanych słów,
utraciła rumieniec dawna mowa czerstwa,
a gdy mi przyjdzie mocować się znów,
już nie na serca bój, lecz na szyderstwa.
1936


Poszukiwacz prawd
Comming soon.


Człowiek

I cóż ja jestem? Zwierz ? i pęcherz pusty,
co żre i trawi,
i zbielałymi od przestrachu usty
morały prawi.

Nad głową myśli krążą w gwarnych kołach,
w rozpierzchłych stadach
jak nad zmurszałą wieżyca kościoła
kawek gromada.
Świat się zamyka. Naokoło szyi
pętla się ściska.
W milczącą pustkę bluźnierstwami wyję,
rzucam wyzwiska.
Aż gdzieś w nieznanej chwili i godzinie
opadnie brzemię,
zwierz się jak bąbel nakłuty rozpłynie
i wsiąknie w ziemię.

A myśli czarna opadną gromadą
w czeluść wieczności.
I nie zostanie najmniejszego śladu
z członka Ludzkości.


Myszki

Myśli swobodne! słowa bezpańskie!
Gryzą was cichcem myszki mieszczańskie,
myszki maleńkie, myszki skromniutkie,
układne śmieszki, drobniutkie smutki.

Ciemność zapada, noc się kołysze,
światy po ciemku lecą przez ciszę,
na sprzętach martwe światło rozkwita,
a w mroku szura, po kątach zgrzyta.

Już pomykają z nor szare duszki,
tną porzucony chleb na okruszki,
ścierają wielkie myśli na strzępy,
i szelest zewsząd, i chrobot tępy.

Tutaj zajrzały, stamtąd wypadły;
mózg mi nadgryzły, serce wyjadły,
znikły, znów kroczkiem podstępnym drobią,
krążą i węszą, dłubią i skrobią.

Wąską ścieżynką do snów się wdarły,
po snach myszkują ruchliwe karły!
Słówka układne, sztuczki szatańskie.
myszki skromniutkie, myszki mieszczańskie.
1936


Mistrz

Płonął i przyszłość budował.
Pod jego słów skinieniem
śpiewające źródła tryskały
jak pod laską Mojżesza.

Minęło pokolenie.
W zacisze snów się schował.
Zagrzebał się w szpargały.
Przeszłość wskrzesza!


Żaba zarozumiała

Pochwalono raz żabę, że śpiewała pięknie.
Wnet nadmie się grzechotka, omalże nie pęknie!
Posłuchajcie jeszcze, jak rechocę,
jak wam letnie uprzyjemniam noce,
jakim wdzięcznym nabrzmiewa me gardło bulgotem!
Dziw, żeście dotąd nie sypnęli złotem
za te brechtania, kukania, kumkania.
Toż mój głos ? to poezją mieniąca się bania.
Powinnam za to pływać nie w wodzie, lecz w miodzie,
mir i posłuch mieć winnam w calutkim narodzie,
gdzie stąpnę, droga ma być kwiatami usłana! ?
I zmilkła, przygwożdżona dziobem przez bociana.


Bajka

Smok wielogłowy, iże był niezdrowy,
Kłopotał się, do której iść po rozum głowy.
Głowy się martwiły, głowy mówiły:
Smok tracił siły.

W rozterce chwostem walił się po bokach,
Bo każda miała swą ideę smoka
I podawała innym na wyprzodki
Zbawienne rady i środki.

Radził mu jeden ptaszek utrafiając w sedno:
- Zbądź się głów wielu, zostaw tylko jedną. ?
Lecz biedne głowy, mimo dobrych chęci,
Nie zgadły, która której ma kark skręcić.
I w niepewności, tu kończy się fraszka,
Pożarły ptaszka.


List do brata

Mój bracie! Nie jesteśmy już od dawna razem.
Wartki nurt nas dzieli jak szumiąca rzeka,
Nie myślimy już razem nad tym, co nas czeka.
Rzadko grają nam szyny dzwoniącym żelazem.

Ale nieraz pójdziemy pod koło do młyna,
Aby brodzić po śliskim, omszałym korycie;
Utkniemy w stawie pełnym wody jak wina,
Zaszyjemy się w żółtym, już dojrzałym życie.

Wykąpiemy się w wodzie zmąconych glinianek,
Będziemy łapać żaby zielone i raczki,
Zapolujemy z łukiem na domowe kaczki,
A wrócimy ze słojem skrzepu i kijanek.

Nasze pułki z papieru uparte w obronie
Będą sterczeć na stole w sztywnym pogotowiu,
Gdy my będziemy dumać, co jest okrętowi,
Który w morzu miednicy beznadziejnie tonie.
1929


Słowik i osły

Zagwizdał słowik, bo go coś poniosło.
Bardzo to nie w smak poszło młodocianym osłom.
- Jak można śpiewać tak prosto?
Ryczeć należy. Przepisowo.
Awangardowo.
Każdy charkot nasz nosi w sobie sens przenośny,
A wszystkie razem dają ryk piękny, rozgłośny.
Ryk powinien się składać z elementów ryku.
Jak można w epoce osłów tak śpiewać , słowiku?
Posłuchaj! ? I tu wrzały zgodnie osły prawe,
Po czym zmilkły, wsłuchane w głosów swoich wrzawę.
Wtedy słowik zakwilił nieśmiałe:
- Przyjaciele!
Jestem szarym słowikiem.
Posługiwać się waszym nie mogę słownikiem.
By głos mój nabrał ryku waszego odcieni,
Musiałbym się wprzód w osła zamienić!
1935


O sobie

Dziwne mi czasem myśli przychodzą do głowy:
- Pradziad był pańszczyźniany, ja mam być…państwowy.
1935

Comments are closed.