Moje

Wybór poezji:

Szybko rodzi się wiersz…
Preludium do życia
Apoteoza poezji
Gałązka bzu
Sobie
Tej nocy Wielkiej…
Tren dla braciszka mojego
O leniu
Ballada o dwóch starych ludzikach
Wczoraj rankiem zimowym?
Liczy się tylko czas darowany…
Pesymista
Pragnęłam miłości wiatru…
Komu dziękować za dar rozumienia?
Czasu szkoda na milczenie drzew
Relacja z koncertu jazzowego Leszka Możdżera
Bogowie oznaczyli godzinę
Masz zmęczone oczy…?
We śnie jesteś moim kochankiem…
Rozsławię twoje imię…
Erotyk
Na koniec jeszcze jedno słowo
Lubisz pomarańcze…?
Pomarańcza
Pomarańczą pachną moje usta…

Szybko rodzi się wiersz
długo pod sercem noszony.
wykwita jak lilia z pąka
wiosennym promieniem rażony.

Kretem spod ziemi wyrasta
z gwiazdkami śniegu spada.
Razem z zachodem słońca
Do snu się z dzieckiem układa.

Cisną się słowa na papier,
Ciążą w mózgu zamknięte,
Nagłej erupcji spragnione,
Przez Boga uczynione.

1995


Preludium do życia
Wygrywam
Spoglądam na rosę
Ze łzami w oczach
Na pewno zniknie niepostrzeżenie
Jak wczoraj.

Apoteoza poezji

Ale przecież jest jeszcze poezja…
Mowa ptaków od innych droższa
Może mniej zdrowa
Ale niebanalna
Otula myśli
Ożywia słowa
Troskę umniejszy
Ugasi trwogę
Radość przechowa.

Z zanadrza pomysł wyciągnie
Obejrzy
Dla siebie przełoży
Utrwali
Potomnym przekaże
Pozwoli uciec
W świat marzeń…

Sztuczne granice przekracza
Z łatwością
W kosmos ulata
Łączy lub dzieli
Ludzi zdarzenia czasy przestrzenie
Chwile w wieczność przemienia.

Gałązka bzu
Leżała porzucona
Zapomniana
Niezauważona

Schyliłam się
Podniosłam ją
I radość zawładnęła mną

Zapach majowy
Cudny
Po cztery listki
W każdym kwiecie
Bo takie wszystkie są na świecie

Jak dużo wiosny jest tu
W małej
Gałązce bzu

Sobie

Umiej przeboleć kolejną stratę
Umiej zapomnieć, że krwawisz
Który to raz?
Nieważne…

Okaleczona przelicz monety
Odrzuć fałszywe za siebie
Nadal rozdawaj ludziom uśmiechy
Lecz troskę umiej zachować dla siebie.

Przekłuta kolcem zawiści, jak orzeł
Skrzydeł pozbawiona
Pomyśl o Bogu przez chwilę
Za Prawdę na krzyżu skonał.

Tej Nocy Wielkiej wszystko
Było przygotowane
Stół zastawiony
I kurze starte
Pająki zaszyły się w dziurach
Niewidzialnych z daleka
Cała rodzina czekała…
Minęła dwunasta
Pierwsza
Druga
A Chrystus wziął
I nie zmartwychwstał tej nocy.


Tren dla braciszka mojego
?Człowiek się urodził
umrzeć musi.?

Słońce zadziwiło wszystkich
Swym blaskiem
Uliczką spacerował gruby kruk
Dzieci biegały
Za kotem…

Ale co ciebie to wszystko obchodzi?
Śpisz spokojnie w marmurowym
Pałacyku…
Gdzie chmura smutku nie zawisa
Sny Twoje statyczne
Jak tablica Mendelejewa
Niezmienne.

Codziennie jestem bliżej ciebie
Upadłym liściem
Wyrwanym zębem
Chwilą samotną
Zbliżam się do wieczności…

1994.11.06


O leniu

Zabawne stworzenie
To, co robi
Nie podoba się nikomu
Tylko kilku podobnym mu leniom.
Wcale się nie przejmuje
Publiczną opinią
Wyjącą z grozą o jego lenistwie.
Ma fatalną reputację
W pracowitym towarzystwie.
Nie przyjął upomnień
Dziesiątek do swej
Leniwej świadomości
Wcale nie zaprzestał
Z lenistwa płynącej
Twórczości uprawiać.


Ballada o dwóch starych ludzikach

Na krańcu świata stała chata
W niej pomieszkiwali i razem jadali
Ludzikowie starzy.
Byli bardzo mali, lecz nawzajem dbali
O siebie.
Pewnego dzionka do ludzików okna
Straszna choroba zajrzała
Jednego ludzika w swe szpony porwała
Drugi nie jadł nie spał nie czytał
Gazet tylko pierwszego pilnował jak
Umiał tak się nim opiekował.
Mijały lata nadal stała chata
W niej ludzikowie starzy
Zdrowy i rześki gotował pracował
Chory za wszystko dziękował.
Aż dnia pewnego słońce do chaty zajrzało
Straszną chorobę wywiało.
Powstały stare ludziki
Pokłon Najwyższemu złożyły
Odtąd w radości
Długie lata żyły.

Wczoraj rankiem zimowym
Wyszłam bez okrycia
Drżąc na ciele blednąc
Biegłam
Ulica patrzyła brudnymi
Tłumu oczami
Nikt się nie uśmiechnął
Nie upuścił czapki
Ktoś leniwie pchał
Wózek z niemowlęciem
Ktoś szarpał się pijany
Grożąc naokoło
Ktoś płakał na rogu
Ja przemknęłam chyłkiem obok.

Liczy się tylko czas darowany.
Nie wyliczony, nie sprawdzany.
Chwile łagodnych uniesień.
Minuty czułych westchnień.
Wybuch nagłego milczenia….


Pesymista

W pustynnym klimacie myśli
Natrafia niekiedy na zieloną oazę
Fatamorgana ? krzyczy
I umiera
Z pragnienia.

Pragnęłam miłości wiatru,
Co drzewom rozpowiada
Złe i dobre wieści.
Z nim królować chciałam,
Ja ? błyszcząca gwiazda.
Wiatr chmury okrążyły
Swojego przywódcę.
W uszy kłamstw nawciskały,
Kazały mu uciec,
Zapomnieć o szczęścia gwieździe,
O pięknym, cichym niebie.
?Tyś nasz pan i władca
Grzmotów i płomieni.
Nie z gwiazdą tobie parada!
Jej biada, biada, biada!
Ona księżyca kochanką,
Choć o tym zapomina.
Ona drogę wskazuje,
Ty tylko gałęzie uginasz!

Komu dziękować
za dar rozumienia,
zapachy kwiatów,
uśmiechy matki,
wieczną tęsknotę,
i smutek czasu.

Za twoje oczy,
i moje dłonie,
za chwile błogie szczęściem zamglone.
Za czas rozkoszy
i czas refleksji
dzień pojednania,
godzinę ucieczki.

Przed kim upadać
i czynić spowiedź.
Komu dziękować?
Jeśli wiesz ?? powiedz.

Czasu szkoda
na milczenie drzew.
Niech szumią liście wiatrem gnane.
Kwiaty niech kwitną przeźroczyście.
Owoce niech będą jadalne.

Nie bój się pytać, która godzina,
chwila tęczy się zbliża.
Uchwyć ją szybko,
trzymaj przy piersi.
Oddychaj mocno.
Nie myśl, że mija…

Relacja z koncertu jazzowego Leszka Możdżera
(Jeremiaszowi dedykuję)

Boże mój najlepszy
Panny z Helikonu
Dodajcie sił i mocy
Pozwólcie tworzyć

Niełatwo dźwięki oblec w słowa
Przepraszam, że się ważę
Przekroczyć próg możności
Me dzieło mozolne
Nieudolne
Wieczną muzykę
Poezja uprości
Choć wychwalać pragnie.

Było ich pięciu ? chłopaków wspaniałych
Mały rudy perkusista
Drugi kędzierzawy
Leszek Możdżer z fortepianem
Duży z kontrabasem
Cichy perkusista.

Chwila ciszy
Oczekiwanie
Zaczęli
Każdy dźwięk z osobna
I wszystkie współbrzmiące
Otworzyły niewysłowiony
Super jazz ? koncert

Najpierw z wolna stroili
Instrumenty, nastroje
Coś mówili, dmuchali
Po minutach paru
Wszyscy na sali
W słuch przemienieni
Słuchali…

Dźwięki jak z rozprutej
Pierzyny
Rozpływały się
Głośniej
I głośniej
(jak pięknie mieć uszy w takiej chwili)
Przenikały każdy
Kąt niedościgły
Od gwiazd do mułu podziemi.

Niejeden się starał, pocił
Usiłował
Grę cudzą opisać
Wieszczowi to wyszło
Gdy o grze Wojskiego na rogu bajał
Jankiela koncert zobrazował dobrze
Również Mochnacki
Grywał akord po akordzie
Gdzież siebie ustawię
Dalekam od laurów
Milę od Parnasu
Spróbuję, nie będę narzekać
Zawczasu

Całym warsztatem skromnym
(wciąż)
Się uposażę
Mędrkując dumając
Z przeszłości nasłuchując
Kunszt mistrzowski
Ukażę!

Zaczęli nierówno
Potem znów współbrzmienie
Słychać fortepianu dźwięki
Kontrabas
Saksofonu jęki
Ten ostatni królował
Prawdziwie na scenie
Miejsca ustępując trąbce
Jedynie
Mikrofony nachylone
Pozwalały
By ludzkie uszy
Wszystek dźwięk z rury wydobyty
Dokładnie wchłaniały.

Duży z kontrabasem
Mówi coś po czesku
Przeciągnął strunę
Zaczął śpiewać po angielsku
Rudy w szelkach
Przechadza się po sali
Z saksofonem na smyczy
U szyi zawieszonym
Chwycił Multi Vitę
By nie być spragnionym

Duży kolejny numer
Zapowiada
?Droga smoka?
Możdżer sam gra…
Wstaje od klawiszy
Siada
W natchnieniu nagłym
Chwyta połyka dźwięki
Nogą lewą macha
Ustami kręci…
Wchodzi Rudy z trąbką
Najpierw powoli dmucha
Coraz mocniej
Nadął usta
Od ucha do ucha
Zmarszczył oczy
Trzy dołki mu się pojawiły
I podbródek drugi
Na miły
Bóg
Zagrzmiał na alarm
Przebudził opartego o instrument
Kontrabasistę
Ten wyprężył swe ciało
Zaczął swą asystę.

Obaj współpracują
Trąbka dominuje
Perkusista, co dotąd spoko
Teraz podskakuje
Zza talerzy i bębnów
Postać jego blada
Nagłym uśmiechem twarz
Rozjaśnia
Możdżer wstaje siada
Zdjął marynarkę czarną
Rudy wciąż nadęty
Kontrabas szaleje
Perkus uśmiechnięty…

Czas w ciemność pozornie
Tylko zamieniony
Nieubłaganie pokazuje
Że koncert skończony
Słuchacze zawiedzeni
Wciąż gwiżdżą o bis
I dopóty klaszczą
Aż zjawia się mistrz
Zasiada solo
Za klawisze chwyta
I znowu na moment
Rozbrzmiewa muzyka
Saksofony współgrają
Kontrabas dźwięczy
A świadomość końca
Wciąż dźwięczy
I męczy.

Udało się
Znów trąbka
Się uaktywniła
Swym tubowym głosem
Zapomnieć pozwoliła
Że pora już wyjść z sali
Bo koncert skończony
Ale trwa wciąż jeszcze
W poezji zamkniony.

Bogowie oznaczyli godzinę
Naszego poznania w tle czasu.
Dokładnie wyliczyli minuty, centymetry.
Dopieścili miejsce i chwilę.
Pozwolili zanurzyć się w morzu spotkania.
Eliksirem młodości umalowali moje usta.
Zesłali kosmiczną energię.
Rozgrzali twoje dłonie.
Nie pytaj skąd nagle wyrosłam.
Jesteś jestem.
Będę
Będziesz?

Masz zmęczone oczy?
Przychodź.
Czekasz na błysk wiosny,
ptaków powrót głośny,
pierwszy nocny dreszcz?
Też.
Wątpisz nieustannie
przez echo ścigany?
Spocznij.
Dam ci skrawek nieba!
Dam więcej niż trzeba!
Dam naczynie łez!

Wypijmy łyk wody,
palmy fajkę zgody
i kochajmy się!

We śnie jesteś moim kochankiem
Pijesz wino z dzbana miłości
Tulisz moją głowę schylony
Karmisz się mym wzrokiem natchnionym.

Ale rano już o mnie zapomnisz
Już wyfruniesz jak orzeł przez okno
Pozostanie na chwilę twój zapach
I nadzieja, że przyśnisz się nocą.

Niech trwa sen niech noc się nie kończy.
Ty bądź ze mną, póki ciemność nas łączy.
Póki gramy ze sobą w zielone.
Póki bzy pachną cudne majowe.

Zostań przy mnie bzem umajony,
Zostań czerwcem i lipcem ogrzany,
W zimie przy kominku,
Jesienią drink po drinku.

Już od dawna nie słuchasz mych bajek,
Lecz ta jedna to samo życie.
Jestem twoją śpiącą królewną,
Od lat smutną i bardzo biedną.

Rozsławię twoje imię
Jak Laura będziesz znany
Za sprawą Petrarki
Erotyk kochać nie przestanie
Choć twoje serce
Będzie jak kamień
Nie spojrzysz na mnie
Jednak wszystkim znanym
Kochankiem mi będziesz
Jak Dante z Beatrycze
Adam przy Maryli
Kiedyś nad tym poemem
Wnuk twój się pochyli
Ty siądziesz w fotelu
Głęboko zadumany
Wszak o tobie pisał
Ktoś tak zakochany.


Erotyk
Twoje okrycia zwieje wiatr dotyku
Odwiedzisz moje ja
Zamknięte w czarnej sukni
Przejdziemy do salonu
Z przedpokoju rozmów
Odrzucisz stare tabu
Pełne niepokoju
Zerwiemy żmudne węzły
Ściśnięte przez przodków
Odetchniemy hermetycznym powietrzem
Jeszcze kilka szeptów
Śmiałe lądowanie
Cicha przystań rozkoszy
Ot… całe kochanie

Na koniec jeszcze jedno słowo
Nim uśniesz snem bajkowo zdrowym.
Nim ptak odleci
Zgaśnie światło
Nim zrobię jeden obrót w tańcu.
Zatrzymaj się na chwilę jedną.
Bez ciebie wszystkie gwiazdy bledną.

Lubisz pomarańcze?
Patrzę…
Jem z tobą pomarańcze
Marzę…
Nasze życia rozdarte
Płaczę…
Na granicy rozpaczy
Tańczę…

Pomarańcza
Z owoców
Najszlachetniejsza
Od niej kolor pochodzi
Choć mniejsza
Od melona.

Nią Ewa skusiła Adama
Nie jabłkiem
Banalnie.

Intensywny aromat
Jakiego inny owoc
Nie posiada.

Soczysty miąższ
Co dzień mogę zjadać.

Pomarańczą pachną moje usta
Pomarańczy smak najlepiej znam
Ta piosenka tobie też jest droga
Pomarańcze kochasz tak jak ja.

Śnimy razem dźwigamy
Kosze pomarańczy pełne
Zjemy trochę, na potem schowamy
By w przyszłości też było dosyć.

Nasycamy usta wonnym smakiem
Sok złocisty spływa po twej brodzie
Pomarańczą jestem twoją? jedyny
Ty bądź moją przepyszną na zawsze.

korepetycje polski krakow

Comments are closed.